Gdy się spotkaliśmy, była mniej więcej dwunasta czterdzieści. Robert wyglądał jakby całą noc nie spał.
Oczy podkrążone i czerwone, twarz zmęczona i wysuszona sprawiała, że wyglądał na co najmniej pięć lat więcej niż w rzeczywistości. Zresztą i ja nie wyglądałem dużo lepiej.
Z nieba lał się żar. Nie mogło być mniej niż trzydzieści osiem stopni w cieniu, co u nas zdarza się niezbyt często. Straszne chciało nam się pić, a mięliśmy jeszcze kawałek drogi do przejścia, więc przyspieszyliśmy kroku.
- Masz jakieś pieniądze? - spytał Robert po chwili milczenia.
- Trochę znajdę, a Ty? - odpowiedziałem i starałem się sobie przypomnieć ile też rzeczywiście mogę mieć pieniędzy.
- Mam najwyżej dwa tysiące - odparł i spojrzał na mnie.
- Ja też nie więcej - skłamałem, bo doliczyłem się już czterech i pół.
- Już nie wytrzymuję tego upału, muszę się zaraz napić.
- Myślisz, że ja czuję się inaczej?
- Czy tam na pewno będzie czynne?
- A skąd ja to mogę wiedzieć, myślę, że tak.
- Ale w taki upał może nic nie być.
- Dla spragnionych na pewno coś znajdą.
Zbliżyliśmy się do budynku. Na pierwszy rzut oka wydawał się być całkiem wyludniony. Zajrzeliśmy przez okno. Wewnątrz było około piętnastu osób.