Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krótkie utwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krótkie utwory. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 sierpnia 2011

PRAGNIENIE

     Gdy się spotkaliśmy, była mniej więcej dwunasta czterdzieści. Robert wyglądał jakby całą noc nie spał.
Oczy podkrążone i czerwone, twarz zmęczona i wysuszona sprawiała, że wyglądał na co najmniej pięć lat więcej niż w rzeczywistości. Zresztą i ja nie wyglądałem dużo lepiej.
     Z nieba lał się żar. Nie mogło być mniej niż trzydzieści osiem stopni w cieniu, co u nas zdarza się niezbyt często. Straszne chciało nam się pić, a mięliśmy jeszcze kawałek drogi do przejścia, więc przyspieszyliśmy kroku.
- Masz jakieś pieniądze? - spytał Robert po chwili milczenia.
- Trochę znajdę, a Ty? - odpowiedziałem i starałem się sobie przypomnieć ile też rzeczywiście mogę mieć pieniędzy.
- Mam najwyżej dwa tysiące - odparł i spojrzał na mnie.
- Ja też nie więcej - skłamałem, bo doliczyłem się już czterech i pół.
- Już nie wytrzymuję tego upału, muszę się zaraz napić.
- Myślisz, że ja czuję się inaczej?
- Czy tam na pewno będzie czynne?
- A skąd ja to mogę wiedzieć, myślę, że tak.
- Ale w taki upał może nic nie być.
- Dla spragnionych na pewno coś znajdą.
     Zbliżyliśmy się do budynku. Na pierwszy rzut oka wydawał się być całkiem wyludniony. Zajrzeliśmy przez okno. Wewnątrz było około piętnastu osób.

poniedziałek, 18 lipca 2011

WKOŁO PIASEK

     Gdzie by nie spojrzeć, wkoło tylko piasek, pustka. Pustynia uczuć, pustynia marzeń.
Gorący kurz oblepia mi twarz i włosy. Nie, to nie kurz, to całe moje życie powróciło w chwili śmierci.
     ...pełno ludzi, ludzi przeze mnie skrzywdzonych, i tych którzy mnie skrzywdzili. Cisną mi się do oczu. Każdy porusza wargami nie wydając z siebie żadnego dźwięku i przewierca mnie swoim wzrokiem, lecz ja pozostaję głuchy. Przecieram oczy...
       Stoję pomiędzy koleinami drogi wiodącej prosto zza moich pleców, przede mnie, na wprost.
W dali widzę stary wóz konny z woźnicą i grabarzem na koźle. Trumna ze świeżych desek jest pusta i przesuwa się po platformie wozu w takt wybojów. W pewnej chwili jeden z jadących odwraca się, spostrzega otwarta trumnę, łapie za  ramię drugiego i coś do niego krzyczy. Zawracają wóz i pędzą w moją stronę, ostro poganiając konie. Dojeżdżają do mnie, schodzą z wozu i brutalnie pakują mnie do trumny. Próbuję się przeciwstawić, ale mięśnie odmawiają wykonania jakiegokolwiek, nawet najmniejszego ruchu,
a krzyk więźnie mi w gardle. Widzę już tylko ciemne deski nad głową.
      W uszach pozostaje łomot młotka walącego w wieko...

Warszawa, 06.04.1986
               21.04.1987